Tuż przed północą
świece się złocą.
Każda z nich płonie
oświetlając dłonie.
Lecz oczy są ciemne
i trudy daremne,
by je otworzyć.
Tylko Sąd Boży
zdoła je życiem napełnić,
a teraz, gdy księżyc w pełni,
na każdym z wielu cmentarzy
każdy los ich się waży.
Czy spotka ich nagroda, czy kara,
jak silna okazała się ich wiara,
czy dużo zgrzeszyli,
czy też do śmierci chwili
byli prawdziwymi katolikami -
- wtedy staną się aniołami...
* * * * *
Już północ wybiła,
pies w oddali szczeka,
chwila to niemiła,
nikt na nią nie czeka.
Zaraz wyłazić zaczną z grobów,
teraz pełnych kości i szczurów,
całe zastępy martwych nierobów
i dwurzędowych garniturów.
Lecz może spłoszą je samochody,
które przejeżdżają obok szosą,
może się boją święconej wody,
którą księża ze sobą noszą?
A może rzekliby, że nie po to umarli,
by teraz oglądać to zamieszanie,
może by nawet się w grobach zaparli,
gdyby dostali na zewnątrz wezwanie?
A może dla nich światła zbyt wiele,
gdyż człowiek, rzecz to znana,
każdego dnia, nie tylko w niedzielę,
pali swą latarnię do rana.
Nie ma już więcej ciemnych nocy,
przynajmniej nie dla tego cmentarza,
tak więc nie wstanie już w pełni mocy
nikt z tego martwego inwentarza.
A może, choć myśl to zbyt śmiała,
mnie się boją te demony?
Czyżby wystraszyć je zdołała
obecność jednej żałosnej persony?
A gdy odejdę, co się stanie,
dusza i rozum walczą dzielnie.
Czy każdy trup z grobu powstanie
i zacznie ludzi ranić śmiertelnie?
Bądź też może, jest taka możliwość,
nic się tutaj nie stanie.
Lecz to przecież poddałoby w wątpliwość
moje na was oddziaływanie.
[3/4.V.1996]
Powrót do indeksu tfu!rczości Caveman'a