Caveman
Morderca (3)
Andrzej wrócił do domu. Otworzył zamek w drzwiach, płaszcz rzucił na krzesło lezące w pokoju, pistolet położył na stole w kuchni. Otworzył lodówkę, wyjął mleko i kiełbasę. Nalał sobie mleka i, pijąc je, zaczął rozmyślać o dzisiejszym dniu. Załatwił dziś kolejnych dwóch. Daje to mu już w sumie 13 trupów. 'Pechowa liczba' - pomyślał - 'Trzeba by stuknąć jeszcze jednego'. Otworzył książkę telefoniczną leżącą na stole i zaczął ją wertować. Wybierał ofiarę. Tak jak o życiu trzynastu innych, decydował czysty przypadek. 'A policja nadal nie może znaleźć 'niezwykle odważnego, można by rzec igrającego z policją seryjnego mordercy z Warszawy', jak określiły go media. A wszystko przez to, że pytał się ofiar o nazwisko. Ale musiał... musiał to robić. Nigdy nie wybaczy sobie tamtego błędu. Była to jego piąta ofiara. Był pewien, że to ten facet, którego nazwisko znalazł w książce telefonicznej. Dopiero z gazety następnego dnia dowiedział się o swojej pomyłce. Po prostu pomylił drzwi. Nie mógł sobie tego wybaczyć aż do dzisiejszego dnia, mimo, że minęły już prawie dwa lata od tego wypadku. 'Zabiłem niewinnego człowieka...' - ciągle tak myślał i było mu naprawdę żal. W pewnym momencie chciał nawet zgłosić się na policję. Ale potem zrezygnował z tego pomysłu. Dziwne, że miał wyrzuty tylko z powodu tej 'przypadkowej ofiary'. Los pozostałej dwunastki nie wzruszał go ani trochę, mimo, że o ich śmierci decydował czysty przypadek. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Andrzej wstał, wziął pistolet do prawej ręki i poszedł otworzyć drzwi. Za drzwiami stał chudy gość w prochowcu. 'Pan Haczet?' - zapytał. 'Tak' - odparł Andrzej. 'Pan Andrzej Haczet?' - zapytał ponownie. Andrzejowi zaczęło się to wszystko nie podobać. Odbezpieczył trzymany za plecami pistolet. 'Tak, o co chodzi?' - zapytał, starając nie okazywać przepełniającego go strachu. 'Mam dla pana paczkę. Proszę tu podpisać' - gość wyciągnął blankiet. Andrzej zabezpieczył pistolet, wsadził go sobie za pasek, wziął blankiet i podpisał się na nim. Mężczyzna podziękował i dał Andrzejowi paczkę. Andrzej spojrzał na nazwisko nadawcy. Znów paczka od ciotki. Wrócił do kuchni, rzucając paczkę w kąt. 'Robię się zbyt paranoiczny' - pomyślał, kładąc pistolet na stole. Wrócił do wertowania książki telefonicznej. Znów przerwał mu dzwonek. Tym razem podszedł do drzwi bez pistoletu. Otworzył je. Za drzwiami stała młoda blondynka w rozpiętym płaszczu, spod którego wystawała jej czerwona sukienka. Trzymała w ręku małą karteczkę. 'Pan Haczet?' - przeczytała jego nazwisko z kartki lekko je sylabizując. Potaknął. 'Pan Andrzej Haczet?' - spytała ponownie. 'Tak, w czym mogę pomóc?' - zapytał. Uśmiechnęła się. 'Już w niczym' - odpowiedziała. To było ostatni odgłos, jaki usłyszał w życiu. Ostatnim widokiem był pocisk wylatujący z lufy magnum z tłumikiem.
[26.XI.97.]
Powrót do indeksu tfu!rczości Caveman'a