Caveman da Obluze proudly presents himself A więc maszyna do pisania to jest. Nieprawdaż? No chyba żebym się mylił. Wtedy byłoby inaczej, prawda? Bo gdybym się mylił to to nie byłaby maszyna do pisania, tylko coś innego. To chyba jasne. Lub nawet intuicyjne. A przecież współczesne dokona- nie jest to prawda. nia naukowe nie są intuicyjne. Więc wedle nich Czyli, wedle mnie, który im wierzę, bo w cóż innego pozostało mi wierzyć - nie jest to prawdą, mimo, że sam to wymyśliłem. A to już coś. Tak więc nie jest to maszyna do pisania, bo wedle mnie jest to maszyna do pisania. No i od razu zrobiło się jaś- niej. A przedmioty nie są nigdy tym, czym się intuicyjnie zdają. I od tego rozpocząłbym mą opowieść. Wieczór był pochmurny, ja też po kilku chmurach. Czyli w sumie remis. Ale on był pochmurny i zachmurzony, ja tylko po kilku chmurach. Żadnego zachmurzenia, zupełnie nic. W tle dogorywał ogień. Zza rogu dobywała się dziwna muzyka, a ja pogrążyłem się w przes- trzeni mych marzeń,.. Donżon transcendował nieinwazyjnie. Zwłaszcza, gdy padało, a ja teraz zaczynało kropić. Na szczęście znów to n ie byłem ofiarą Donżona. Jego transcendencje doprowadzały ludzi do szału w przecią- gu kilkunastu sekund. I nie było możliwości obrony przed tym. Nikt, nawet jego ludzie, nie byli w stanie tego znieść. Sączyłem kolejną Wodę Ze Szczura, gdy nagle
2 w cieniu zauważyłem niespokojny ruch. Po chwili wypłynął stamtąd jednooki mężczyzna mruczący coś o rozbitych szkłach. Od razu zro- zumiałem, że nawiązuje do azteckiej legendy o Rozbitym Szkle pełnym skarbów, o których od dawna nikomu się nie śniło. Zagadną- łem go, ale udał, że o niczym nie wie. Jednak moja ciekawość zos- tała pobudzona i nijak nie dałem sobie wmówić kłopotliwych dla niego kłamstw. Postanowiłem go śledzić. Niestety nawoływania sprzedawcy halibutów na chwilę odwróciły mą uwagę i straciłem go z oczu. Straciłem jedyny wątek prowadzący mnie do skarbu Azteków i znów byłem w punkcie, z którego zaczynałem - na środku strony, bez wątków i pomysłów. Stukałem jak burza palcami o blat stołu, lecz nowe wątki n ie nadchodziły. Rozważałem nawet zmianę lokalu, by tylko uszczknąć nieco tajemnicy. Po wielu wahaniach przysiadłem do grona za rogiem. Miałem tylko nadzieję, że mnie szybko zaakceptują i uchylą rąbka tej wielkiej tajemnicy, ich Planu, ich Wiedzy. Nic nie widziałem. Wszędzie wkoło rozpościerał się mrok, więc zacząłem działać automatycznie, SZYBKIM RUCHEM ZERWAłem się z krzesła i wyskoczyłem przez okno. Na zewnątrz było jakby chłodniej, ale przytulniej. Moje myśli, ciągnąc mnie za sobą, włóczyły się po ulicach tego obłędnego miasta. Pomimo industrialnego tła, okolica pozostała /////////////////otoczenie pozostawało sympatyczne, a mija- ni ludzie - przyjaźni i optymistycznie nastawieni do życia. Wkoło rozbrzmiewała IX Symfonia Beethovena, pasująca do tego miejsca jak pięść do nosa i dwa lewe sierpowe. Nie wspominałem chyba jeszcze, ale przejawiam objawy pewnej przypadłości. Luki w mej pamięci rozrastały się...
3 Parłem jednak nadal, niezłomny, choć niezłomny. I choć cel mej nie wędrówki nie miał nigdy być osiągnięty, zwalniało mnie to z wewnętrznego obowiązku, by ku niemu dążyć. Byłem tylko rzemieślnikiem, pomyślałem go- rz ko, nie zaś artystą swego fachu. Mnie pozostawały drogi tylko dawno już wytyczone wcześniej. Wytyczałem więc swą drogę dalej, w stronę Prawdy je- dynej śladem wielu innych, którzy ponieśli klęskę. Świadom tego i nieuchronności kolejnych klęsk, nadal nie zaprzestawałem mej bezsensownej już podróży.

Powrót do indeksu tfu!rczości Caveman'a