Caveman
The man who sold the world
Williamowi Tennowi
Dzień jak dzień. Piotr wracał z pracy jak zwykle o wpół do czwartej. Rozglądał się po
mieście, wyszukując wśród budynków śladów nadchodzącej wiosny. Nagle zagadnął go jakiś
mężczyzna.
- Przepraszam Pana! - nieznajomy stanął wprost przed Piotrem i pewne było, że mówi do
niego. Piotr szybko zlustrował go wzrokiem. Nie wyglądał na żadnego kaznodzieję,
żebraka, czy szaleńca, lecz na zwykłego przechodnia, jakich wielu było na ulicy.
- Tak, o co chodzi?
- Czy nie miałby Pan ochoty zarobić dużej sumy pieniędzy?
Piotr westchnął w myślach: 'O Boże, kolejny naciągacz. Ostatecznie mogę go wysłuchać,
bo i tak się nie odczepi, ale nabrać na ich sztuczki się nie dam.'
- A w jaki to sposób mogę zarobić owe pieniądze? - zapytał Piotr, starając się w swoim
głosie wyrazić swoje nastawienie do naciągacza.
- Chciałbym coś od Pana kupić. - naciągacz zlekceważył sarkazm w głosie Piotra.
- A na cóż takiego ma pan ochotę? - Piotr wciąż starał się okazać całe swoje
zniechęcenie.
- Chcę kupić od Pana Ziemię. - odrzekł poważnie nieznajomy.
Piotr nawet nie próbował ukryć rozbawienia. Wybuchnął śmiechem, a potem zapytał:
- A ile mi pan za nią ofiaruje? Pięć, piętnaście czy może aż dwadzieścia pięć złotych?
- Myślałem raczej o kwocie rzędu kilku tysięcy złotych... - odrzekł niezrażony naciągacz.
- Chce mi pan dać kilka tysięcy złotych za Ziemię? - odrzekł Piotr doskonale się bawiąc.
Postanowił kontynuować ten żart. - Widzi pan, niestety nie mogę zaakceptować kwoty
niższej niż piętnaście tysięcy. Jestem z naszą Ziemią dosyć związany emocjonalnie.
Nieznajomy przez chwilę kalkulował coś w myślach.
- Rozumiem, ale mogę zaoferować tylko 11 tysięcy.
- Niech już stracę - odrzekł niemal śmiejąc się Piotr - dwanaście i pół tysiąca i
Ziemia jest pańska.
- Ciężko się z Panem targuje. Dwanaście tysięcy.
- Sprzedana! Czy mogę już otrzymać pieniądze?
- Wpierw chciałbym poprosić o podpisanie tego dowodu sprzedaży. - nieznajomy podał
Piotrowi pogiętą kartkę.
- Niczego nie podpiszę, dopóki nie otrzymam należnej mi kwoty. Jeszcze by pan uciekł
z moją Ziemią nie płacąc mi za nią. - Piotr nadal bawił się setnie.
- Och, proszę się nie bać. Transport w najbliższym czasie nie wchodzi w rachubę. -
nieznajomy wciąż nie przejmował się widocznym rozbawieniem Piotra. - Ale rozumiem
Pańskie obawy. Proszę, oto czek.
- Czek? A nie gotówka? - Piotr udał oburzenie - A skąd mam wiedzieć, czy ma pokrycie?
- Możemy iść do banku, tam zostaną Panu wypłacone pieniądze i wtedy podpiszemy umowę.
Tak więc ruszyli do banku. Piotr, przekonany o tym, że to wszystko jest jakimś żartem,
pewien był, że czek jest fałszywy, bądź bez pokrycia. Tym większe było jego zdziwienie,
gdy kasjerka wypłaciła mu dwanaście tysięcy złotych w stuzłotowych banknotach.
- Czy teraz mogę już uzyskać Pański podpis. - zapytał nieznajomy.
- Ależ oczywiście. - odrzekł Piotr cały czas przekonany, że to tylko żart, chociaż suma
12 tysięcy była jak najbardziej realna. Podpisał pogięty papier i uścisnął rękę
nieznajomego na przypieczętowanie umowy.
Nieznajomy przyjrzał się podpisowi, po czym najpoważniej w świecie rzekł Piotrowi:
- Przepraszam, ale będę musiał Pana poprosić o opuszczenie mojej własności.
- Ależ oczywiście, już mnie tu nie ma. - odrzekł z rozbawieniem Piotr, po czym wyszedł
z banku. 'To jednak jakiś wariat. Właśnie zarobiłem piętnaście tysięcy złotych!' -
myślał idąc dalej ulicą. Zauważył po drugiej strony ulicy restaurację. Stwierdził, że
taki zysk należy jakoś uczcić. Wszedł do restauracji i zamówił jedno z najdroższych
dań.
Podczas jedzenia drugiego dania, zauważył wchodzącego do restauracji nieznajomego.
Nieznajomy także go zauważył. Podszedł do niego i od razu zaczął robić mu wyrzuty:
- Prosiłem chyba Pana, żeby opuścił Pan moją własność.
- Ależ oczywiście, mam przecież taki zamiar. - Piotrowi coraz mniej się ten cały dowcip
podobał. - Ale chyba rozumie Pan, że by opuścić Ziemię, potrzebuję trochę czasu... -
'Tylko ostrożnie.' - myślał cały czas - 'Z szaleńcami nigdy nic nie wiadomo.'
- Ile? - zapytał nieznajomy.
- Trudno powiedzieć. Tydzień powinien starczyć. - odrzekł powoli Piotr. 'Przez tydzień
załatwię sobie urlop, pozałatwiam sprawy, po czym wyjadę na dwa tygodni na wakacje.
Tego szaleńca już ty wtedy nie będzie, zresztą mnie już zapomni.' - myślał.
- Aż tydzień? No dobrze, ale jeżeli potem zobaczę Pana na mojej własności, zmuszony
będę wezwać policję... - odrzekł nieznajomy, po czym odszedł i usiadł przy sąsiednim
stoliku.
Piotr spokojnie jadł dalej, ale myśli w głowie aż mu się kotłowały: 'Policję? Dam ja
ci policję, debilu! Ciebie trzeba w pokoju bez klamek zamknąć, a nie na ulicę
wypuszczać.' - złorzeczył w myślach nieznajomemu.
Po dziesięciu dniach Piotr wylegiwał się spokojnie na jednej z plaż Wysp Kanaryjskich.
Leżał tak już trzeci dzień i opalał się. Nagle ktoś zakrył mu słońce. Leniwie otworzył
oczy i ujrzał naciągacza. Przeraził się.
- Pan mnie chciał oszukać. - zaczął awanturować się kupiec. - Miał Pan opuścić Ziemię,
a Pan spokojnie wyleguje się na plaży. To ma być uczciwość?
- O co chodzi? - zapytał policjant, który podszedł zaciekawiony tą awanturą.
- Proszę go ode mnie wziąć, to wariat. - odrzekł mu po angielsku Piotr.
Policjant wziął szamoczącego się naciągacza pod ramię i odciągnął go od Piotra. Piotr
znów zamknął oczy, przekonany, że tym razem skończyło się to na dobre. Po chwili jednak
policjant powrócił. Piotr był przekonany, że chce przerosić go za wariata, który go
napastował, ale policjant rzekł:
- Przepraszam Pana, ale jest Pan zmuszony opuścić tą plażę.
- Słucham? - Piotr był oszołomiony. - Co takiego?
- Tamten Pan ma dokument, że sprzedał mu Pan kulę ziemską. Wobec tego jestem zmuszony
poprosić Pana o jej opuszczenie, albo zostanie Pan usunięty siłą.
- Nigdzie nie pójdę! - zaczął krzyczeć Piotr, przekonany, że dzieje się coś
niezrozumiałego - Nigdzie! Słyszy Pan?! Tamten gość to wariat, a ja Ziemi nie opuszczę!
- W takim razie jestem zmuszony Pana aresztować. - rzeczowo odrzekł policjant.
- Za co?
- Za wtargnięcie na cudzą własność. - spokojnym głosem odpowiedział policjant.
- Ale skoro Ziemia jest jego, to Pan również na nią wtargnął. I wszyscy Ci ludzie na
tej plaży też! I wszyscy, którzy w ogóle żyją! - coraz głośniej i rozpaczliwiej
argumentował Piotr.
- Ale właściciel nie wyraził chwilowo zgody tylko na Pański pobyt tutaj. - policjant
nie tracił spokoju - Gdy poprosi innych o opuszczenie Ziemi, oni również będą musieli
ją opuścić. Takie jest prawo.
- Ale jak mnie siłą wyrzucicie z Ziemi? - zapytał rzeczowo Piotr wietrząc tu słaby
punkt planu.
- Nabywca Ziemi się tym zajął. Przygotował dla Pana rakietę.
- Co? Jak? Ja do rakiety? Nigdy w życiu!
- W takim razie doprowadzimy Pana siłą. - odrzekł policjant, po czym dmuchnął w gwizdek.
Po przeraźliwym gwiździe przybiegło czterech innych policjantów. Unieruchomili oni
Piotra i zaczęli go nieść w bliżej nieznanym mu kierunku. Piotr wyrywał się, ale nic
to nie dawało. Policjanci byli za silni. Cały czas krzyczał, że on jest człowiekiem,
że Ziemia mu się należy, na co policjant raz za razem odpowiadał, że należy się ona
tylko właścicielowi i takie jest prawo. Na pytanie Piotra, dlaczego uważają tamtego za
prawowitego właściciela Ziemi, tylko się roześmiał.
- Sam Pan sobie przecież na to pytanie odpowiedział. Ziemia się należała Panu, jako
człowiekowi, tak samo, jak każdemu innemu człowiekowi. Pan ją sprzedał mając do tego
pełne prawo, więc obecny właściciel jest pełnoprawnym właścicielem całej kuli
ziemskiej. - odrzekł, gdy skończył się śmiać.
Były to niemal ostatnie słowa, jakie Piotr usłyszał. Tylko gdy wkładano go do rakiety
kilka minut później, policjant dodał:
- Budowniczy tej rakiety, aby uniemożliwić Panu powrót na Ziemię, zainstalował w nim
blokadę na ten cel. Proszę więc nie starać się tu wrócić, gdyż będą to starania
bezcelowe. Życzę miłej podróży! - krzyknął jeszcze zamykając właz i zostawiając
krzyczącego Piotra wewnątrz rakiety....
[18.02.1999,20:40]
Powrót do indeksu tfu!rczości Caveman'a