...Siedział przywiązany do krzesła elektrycznego. Bał się. Bał się bardziej, niż
kiedykolwiek był w stanie to przypuszczać. Wiedział, że za chwilę zginie i
wiedział, że śmierć ta nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Nie wiadomo
skąd, lecz przypomniał sobie obrazy wypływających pod wpływem dużego natężenia
prądu oczu, zapach skwierczącego mięsa i wykrzywione w bólu twarze skazanych na
śmierć w ten sposób. Nagle poczuł pierwszy impuls prądu. Był tak potężny, że
groteskowo wykrzywił jego ciało, jakby chciał się podnieść i uciec z krzesła,
pomimo krępujących go więzów. Ból był tępy, lecz wszechobecny. Trwało to
nieskończenie wręcz długo, a gdy przestało, odetchnął z ulgą tylko na krótką
chwilę - gdyż wiedział, że zaraz nastąpi impuls drugi, mocniejszy, jeszcze
bardziej bolący, lecz wciąż nie powodujący śmierci. I rzeczywiście - drugi raz
ciało jego wyprostowało się na tyle, na ile było to możliwe, wydając z siebie
charakterystyczne chrupnięcie stawów. Ból był jeszcze większy, ledwo go znosił,
już był na granicy zemdlenia, cieszył się wręcz, że nie będzie go więcej czuł, gdy
nagle znów zelżał. Teraz miał nastąpić trzeci impuls - ostateczny. Teraz dopiero
zaczął się bać. Wiedział, że nie potrwa to długo, zaledwie kilka, może kilkanaście
sekund, nim organizm w końcu się podda, ale wiedział również, że będzie to
najgorsze kilkanaście sekund w jego życiu, że owe dwa poprzednie impulsy były tylko
preludium do tego ostatecznego. Zadrżał i w tym momencie fala prądu uderzyła go
ponownie. Chciał krzyczeć z bólu, lecz nie mógł ruszyć żadnym mięśniem. Wył więc
bezgłośnie w myśli, bezbronny wobec tak wielkiego bólu. Wśród zapachu pieczonego
mięsa poczuł coś dziwnego i nagle poczuł, że po jego policzkach zaczęło coś
spływać. Doskonale wiedział co to jest, choć wolałby nie wiedzieć. Jego oczy.
Zemdlał...
...Ocknął się z powodu bólu w dolnej części pleców. Od razu zorientował się, że
powodem był wbity sztylet. Nadal był tam, gdzie przedtem - przywiązany do masztu,
otoczony przez piratów - jego zemdlenie nie zmieniło jego pozycji. Kolejne ukłucie
zostało zadane niżej i nieco bliżej kręgosłupa. Ból był jeszcze większy, czuł,
jakby coś w jego środku pękło. Postać przed nim, którą z bólu widział niewyraźnie,
podeszła bliżej. Dojrzał tylko błysk ostrza, zanim poczuł szybki ruch i następujący
po nim ból w podbrzuszu. Doskonale wiedział, co to znaczyło. Rozpruto mu brzuch.
Zrobiło mu się niedobrze na samą myśl, jednak nie miał nawet sił zwymiotować. Na
chwilę - czyżby z powodu nowej fali bólu? - wzrok wyostrzył mu się. Jednak jedyne
co dojrzał, to jego własne jelita wyciągane z jego podbrzusza. Zamknął czym
prędzej oczy, starając się zapomnieć o tym widoku. Nie było to łatwe, jego umysł
raz za razem pokazywał mu pod zamkniętymi powiekami tą samą scenę - kolejne metry
jelit wywlekane z brzucha. Na szczęście oprawcy nie zostawili go sam na sam z tą
myślą. Poczuł nagle kolejne ukłucie w plecy - tym razem idealnie w środek
kręgosłupa. Coś chrupnęło i przestał czuć swoje nogi. Gdyby nie był mocno
przywiązany, osunąłby się na ziemię. Starał się o tym nie myśleć, starał się
odlecieć myślami gdzieś daleko, lecz nie udawało mu się to. Nagle poczuł gwałtowne
szarpnięcie i kolejną falę promieniującego bólu. To jelita się skończyły i
brutalny oprawca wyrwał je siłą z ciała. Nie był już w stanie nawet próbować myśleć
o czymś innym. Słabł coraz bardziej, aż wreszcie z bólu zemdlał...
...Obudził go kopniak w żebra. Zanim zdążył zorientować się kto go kopnął i
gdzie tak właściwie był, żołnierze podnieśli go z podłogi celi i wywlekli brutalnie
na zewnątrz. Kątek oka dostrzegł pluton egzekucyjny. Zanim zdążył mu się dokładnie
przyjrzeć, już przywiązano go do pala i założono mu opaskę na oczy. Bał się. Bał
się śmierci, lec dużo bardziej bał się tego, że przeżyje pierwszą salwę i będzie
cierpiał kilka minut, zanim pluton zdąży przeładować broń i wystrzelić ponownie.
Usłyszał jak żołnierze przygotowują się do strzału. Zadrżał i spiął się w
oczekiwaniu na odgłos wystrzału. Miał nadzieję, że zabije go pierwsza kula.
Bezgłośnie liczył sekundy, nie mogąc już znieść tego napięcia. Nagle padła komenda
i ułamek sekundy później usłyszał strzały. Niemal równocześnie ugodziły go kule.
Poczuł jak pękają mu żebra, poczuł trzaśnięcie w kolanie, ból w skroni, co gorsza
jedna z kul ugodziła go w przyrodzenie, jednak wciąż żył. Zawisł na podtrzymujących
go linach. Sam nie wiedział czego chciał - czy chciał udawać umarłego, by przeżyć,
czy wręcz przeciwnie - chciał czym prędzej umrzeć. Ból był zbyt wielki, by pozwolić
mu na przemyślenie tej kwestii, na dodatek rósł z każdą chwilą, gdy tylko opadała
z niego adrenalina. Wisząc tak, jego ciało przechyliło się nieco na prawą stronę.
Kolano nie wytrzymało i pękło do końca z głuchym trzaskiem, sprawiając, że noga,
na której się opierał wygięta była teraz pod nienaturalnym kątem. Czuł ból w
skroni, czuł, jak z torsu wypływają mu wnętrzności, najgorszy jednak był ból
między nogami. Wręcz rozrywający, atakujący nową falą z każdym ruchem, choćby
oddechem. Ledwo słyszał nadchodzącego lekarza, zdał sobie sprawę z jego obecności
dopiero wtedy, gdy ów dotknął go, badając rany. Zgodnie z obyczajem lekarz zabrał
się za opatrywanie ich przed kolejną salwą. Opatrywana skroń przez chwilę piekła,
tors i brzuch nawet nie bolały podczas opatrunku, kolano dziwnie swędziało podczas
próby ustawienia go w dawnej pozycji, jednak podczas opatrywania przyrodzenia wył
z bólu. Wył, gdy tylko lekarz dotknął go tam. Wył, gdy zakładany opatrunek zaczął
dotykać owej rany. Nie przestał wyć nawet, gdy lekarz zakończył opatrywanie i
odszedł. Uspokoiły go, i to tylko trochę, dopiero kolejne komendy. Gdy znów
usłyszał komendę 'Ognia!', liczył na wybawienie. Niestety parę chwil później był
świadomy tego, że przeżył i tą salwę, że ma kilka kolejnych ran i że za chwilę
znów przyjdzie lekarz i zacznie go opatrywać. Na szczęście tym razem ból był już
tak ogromny, że zaczął mdleć. Ból stawał się coraz bardziej odległy i odległy, a
on liczył na kilka chwil bez bólu i świadomości przed ponownym nadejściem
lekarza...
...Ocknął się po kopnięciu w żołądek. Leżał na ziemi, więc odruchowo podkulił nogi,
by uniknąć kolejnego ciosu. Wtedy kopnięto go w twarz. Zasłonił tak szybko, jak to
tylko możliwe twarz dłońmi i wypluł kilka złamanych i wybitych zębów. Kolejne
kopnięcia niebyły aż tak dotkliwe. Przynajmniej dotychczas. Z tego, co zdążył się
zorientować, było ich sześciu albo siedmiu i wszyscy nosili ciężkie buty. Kopnięcia
sypały się jedno po drugim...
A gdzieś daleko, w miejscu, którego istnienia nie przewidywał, przed ekranem
siedział Szatan. Patrzył na grupę skinów kopiącego leżącego człowieka. Gdy kolejne
kopnięcia zdawały się już go zabijać, obraz szybko zmienił się. Teraz widać było
na nim żołnierza, wycofującego się z pola bitwy. Mimo, że twarz była ta sama,
wszystko wkoło niej zmieniło się - miejsce, czas, nawet motywacja. Potem, gdy
kolejna kula z wolna kończyła życie postaci na ekranie, widok znów się zmienił.
Wtedy Szatan z wolna obrócił się w stronę przyglądających się demonów i nieco
smutnym, choć może tylko dla wzmocnienia efektu, głosem rzekł:
- Spójrzcie na tego grzesznika. Będzie tak miał przez całą wieczność...
[28.1.1, 5:27]
Powrót do indeksu tfu!rczości Caveman'a